- To jeden z moich informatorów - wyjaśniła matce; wolała nie

zechciał. Becky dygnęła przed przyszłym markizem, a Rushford odwzajemnił jej ukłon.
kapelusza! - mruknęła. - Ale pod jednym małym warunkiem.
Myślał, że nawiązała się między nimi jakaś piękna, choć wątła nić porozumienia.
świetle latarni gazowej Alec dostrzegł, że są uzbrojeni i mają groźne miny. Pewnie wypatrują
Na podłodze leżał gruby dywan w kolorze królewskiego błękitu, ściany wyłożone były boazerią lśniącą niczym lustro. Od bogactwa kryształów, złoceń, brokatów można było dostać zawrotu głowy. Podobnie jak od jaskrawych kolorów i ciężkiego, kwiatowego zapachu. Władca tego imperium siedział za masywnym biurkiem w stylu Ludwika XVI.
Becky utkwiła w niej wzrok, lecz siedziała bez ruchu, nie próbując prosić o litość.
- Czy można wiedzieć, dlaczego tak bardzo interesuje się pan rodziną królewską? Pytam z czystej ciekawości, bo uważam pana za człowieka, dla którego najważniejszy jest zysk i osobiste korzyści.
- Jak co? - spytała naiwnie. Parsknął przyciszonym śmiechem.
- Spokojnie, potrafię być szybka. - Pewnym gestem położyła dłoń na jego ramieniu. - Emmett, nie bój się, ja nie chcę umierać. Będę się bardzo starała.
zaniemówiła. Potem zapytała:
modląc się w duchu, żeby jej uwierzył.
- Potrafię być lojalna - oznajmiła zimno. - Tak długo, jak długo to się opłaca.
Dorian chwilę się wahał.
- Chciałbym się przeprowadzić, zacząć żyć na własny rachunek – wzruszył

232

Oczy Alice pojaśniały ze szczęścia.
wyprzedził. Co teraz zrobisz?
- Bez wątpienia macie rację - odparł po dłuższej chwili z krzywym uśmiechem. -

wyglądała tak, jakby kupiono ją na pchlim targu. Wygodna miękka kanapa i fotele zachęcały do odpoczynku i rozmowy. Wprawdzie pod oknem stało poważne, zabytkowe biurko, jednak ogólna atmosfera wnętrza sprzyjała raczej relaksowi niż ciężkiej pracy.

ciekawa, kto tu myszkował.
Usłyszała silnik, a potem trzaśniecie drzwi. Wrócił. Słyszała, jak
półciężarówkę, szybko odwracali wzrok.

Alec, bystry światowiec, pomoże jej ułożyć jakiś nowy plan? Westchnęła głośno. Nie miała

- Dalej! Szybko! - Willie miał oczy szeroko otwarte ze strachu. Był przerażony. Ciągnął za sobą Briga. Drzewa były coraz bliżej. Jakieś trzydzieści metrów. Może im się uda. Brig zebrał w sobie siły, żeby się ruszyć. Nocną ciszę rozdarł strzał. Willie upadł z jękiem. Uderzył głową o chodnik. - Nie! - krzyknął Brig. Powietrze świszczało w płucach Williego. - Nieeeeee! - Brig odwrócił się. Zobaczył Derricka na ganku. Cały dom stał w płomieniach. - Będzie dobrze - odezwał się do umierającego mężczyzny. - Tylko trzymaj się mnie. - Z ust i nosa Williego pociekła krew. Lała się też z rany w piersi. Brig chciał zatrzymać krwawienie, ale nie mógł. - Willie, trzymaj się! Willie miał szeroko otwarte oczy. Patrzył na Briga. - Brig... - wyszeptał. Z jego ust pociekła krew i ślina. - Nie mów... - Bracie. Dobrze. - Tak, Willie, dobrze. - Ona spaliła. Cassidy? O, nie, Boże, nie! - Willie... - Felicity. Spaliła Angie. Spaliła Chase’a. I ciebie.... - Nie, Willie, nie wiesz, co mówisz - wyszeptał Brig. - Nic nie mów, dobrze? Wytrzymaj. Zaraz tu będzie pomoc. O, cholera, nie! Z płuc Williego wydostał się przeraźliwy świst, a jego niebieskie oczy zaszły mgłą. - Nie! - Brig trzymał głowę przyrodniego brata, nie chcąc dopuścić do siebie oczywistej prawdy. - Nie! - Spojrzał w niebo, a potem na rozszalałe piekło, które pożerało ziemię jego brata, i zagotowało się w nim. Wściekłość wzbudziła w nim chęć zemsty. - Dorwę go - przysiągł. - Choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. Dorwę go, Willie, i dostanie za swoje... Brig zanosił się od kaszlu, z boku leciała mu krew. Z trudem, ale zdołał się podnieść. Derrick nie ruszył się z ganku. Nie zwracał uwagi na płomienie, sięgające dachu nad jego głową i na wstrętny kłębiący się dym. Nie przejmował się, że z okien wypadają szyby. Suche jak pieprz drewno szybko się zajmowało. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie, pożerając wszystko, co napotkał. Kierował się w stronę stajni i szop. W pobliżu słychać było wycie syren i głośny dźwięk klaksonów. Straż pożarna. Było za późno. O wiele za późno. Derrick, wiedząc, że ma niewiele czasu, zeskoczył z ganku i wycelował strzelbę prosto w pierś Briga. - Najwyższy czas, żebyś poszedł prosto do piekła, McKenzie - wrzasnął. Dusił się, ale rozpierała go beztroska, głupia pycha. - I chcę, żebyś wiedział, że jestem dumny z tego, że to ja cię tam poślę. - Ty morderco, zabiorę cię ze sobą! - ryknął Brig. Pobiegł przed siebie. Konie rżały przeraźliwie. Zapiszczały opony. Syreny przestały wyć i wszędzie zaczęli biegać ludzie. - Ej, ty! - Stój! - Co tu się dzieje, do diabła?! O, cholera, on ma broń! Derrick nacisnął spust. Brigowi zahuczało w uszach. Zrobił jeszcze krok, ale wybuch zwalił go z nóg. Płomienie wystrzeliły w niebo, a potem opadły kaskadą iskier. Dom rozleciał się. Pozostały po nim tylko szkło, kawałki metalu i drewna, betonowe płyty. Brig czuł, że umiera. Z boku leciała mu gorąca, lepka krew. Brakowało tchu. Do płuc dostawał mu się dym, który dosięgał księżyca. Brig miał wrażenie, że zaraz pochłonie go ciemność. Dotknął karku, szukając palcami łańcuszka z medalikiem, który nosił przez lata, ale nie znalazł go. - Cassidy - wyszeptał chrapliwie. - O Boże, Cassidy. Tak mi przykro. - Zamknął oczy i zobaczył jej piękną twarz. - Kocham cię. Zawsze cię kochałem... Cassidy zaparkowała jeepa przy ogromnym wozie strażackim. Nacisnęła hamulec i z przerażeniem zobaczyła pożar i Briga. I Derricka z bronią... O Boże. - Przestań! - krzyknęła. Otworzyła drzwi i żar uderzył ją w plecy. - Brig! Pobiegł pod pień starej jabłonki. Upadł bez sił na ziemię. - Nie! - krzyknęła. - Brig, nie! - Niech się pani odsunie! Nie zwróciła uwagi na strażaka i podbiegła do Briga. Usłyszała ostatnie słowa, które zdołał z siebie wykrztusić, głośniejsze niż wycie syren. - Brig! Brig! Kocham cię! - krzyknęła i opadła przy nim na kolana. Położyła jego głowę na swoich kolanach. Pocałowała go i poczuła pot i krew. Chciała tchnąć w niego życie. - Kocham cię. Zawsze cię kochałam. Nie możesz umrzeć, cholera, nie możesz!
- Och, pewnie. Chciał być ze mną częściej, niż ja mogłam sobie
- Spotkaliśmy się już.